Kawa po bośniacku [historia jednego zdjęcia]

22 cze 2017
Czy macie czasem tak, że spoglądacie na jakieś zdjęcie i nagle przed oczami znów staje wam tamta chwila, sytuacja, widok? Zdjęcie bywa takie sobie, ale w połączeniu z waszymi wspomnieniami sprawia, że staje się wyjątkowe i sentymentalne? Ożywają dźwięki, kolory, smaki, zapachy? Ja tak mam dość często, dlatego postanowiłam wprowadzić na blog nowy cykl - historia jednego zdjęcia. Od czasu do czasu będę tutaj wrzucać zdjęcie i krótki lub dłuższy opis tego z czym mi się kojarzy, co mi przypomina, jaką chwilę uwieczniło. Mam nadzieję, że i wam się spodoba. 


Na pierwszy ogień przedstawiam wam fotografię zrobioną w sierpniu 2010 roku (ostatnio zdałam sobie sprawę, że to już 7 lat!) w chorwackim Dubrowniku. Od trzech tygodni byłam w autostopowej podróży po Bałkanach i oto wreszcie udało nam się dotrzeć do tej Perły Adriatyku. Plan na wyjazd był prosty - bierzemy 150€ w kieszeń i jedziemy do Albanii. Okazało się jednak, że Chorwacja, którą mieliśmy po drodze jest droższa niż zakładaliśmy i pochłonęła większość naszego budżetu wyjazdowego. W efekcie po dotarciu do ostatniego punktu tego kraju - bardzo turystycznego a co za tym idzie, bardzo drogiego - stać nas było na zupę pomidorową oraz kawę po bośniacku. Było koszmarnie gorąco, jeszcze bardziej jasno i słonecznie a my byliśmy niemożliwie głodni.

Zupa była najlepszą zupą pomidorową jaką kiedykolwiek jadłam, chociaż po dziś dzień nie wiem czy była to rzeczywiście kwestia wyjątkowego smaku i kremowej konsystencji czy może jednak świadomość ile za nią zapłaciłam (i jak niewiele pieniędzy zostało mi w portfelu) zrobiła swoje. Tak czy siak, wspominam ją jako absolutnie wyborną. Pachniała pomidorami najbardziej ze wszystkich zup, które jadłam i wcześniej i później.

Jednak jeszcze bardziej wyborną okazała się kawa po bośniacku, którą zamówiłam z ciekawości - wcześniej słyszałam tylko o niej, ale nie miałam nigdy okazji spróbować. Kawa po bośniacku, kawa po serbsku, kawa po turecku (nie mylić tu z nazywanym tak u nas zaparzaniem kawy w szklance) - ma wiele nazw, ale pod każdą z nich kryje się wyborny sposób przygotowywania kawy. Mówi się o niej, że powinna być czarna jak noc, gorąca jak piekło i słodka jak miłość. Ta, którą otrzymałam z pewnością taka była - kiedy patrzę na to zdjęcie, jej słodki i intensywny smak oraz gęstość znów ożywają.
Niezbędnym elementem takiej kawy jest tygielek (džezva), w którym zaparza się kawę oraz niewielka porcelanowa czarka, z której pije się tę gęstą i aromatyczną ambrozję. Niektóre miejsca podają do kawy cukier, który samemu dawkuje się według potrzeb (już jedna kostka cukru wystarcza, żeby zasłodzić zawartość czarki), w innych rozpuszczony cukier znajduje się już bezpośrednio w kawie. Często podaje się ją także ze szklanką wody, chociaż nie jest to obowiązkowy element, ale kawa po bośniacku na pewno nie może obejść się bez lokum (znane też pod nazwami rahat-lokum lub, nieco bardziej swojsko, rachatłukum). To swego rodzaju słodka galaretka obtoczona w cukrze pudrze, czasem także orzechach podawana w formie niewielkich kostek o różnych smakach.

Ten kto nie lubi słodkiego z pewnością cierpiałby nad tym napojem, ale zapewniam was, że jeśli kiedyś będziecie mieli okazję spróbować tego rodzaju kawy - zróbcie to a na pewno nie pożałujecie. Najlepiej w jakiejś małej bałkańskiej kafanie, otoczeni przez tłum Bośniaków, Serbów czy Turków, którzy bez takiej kawy (i papierosa) nie wyobrażają sobie życia. Wrażenia niezapomniane! A ja po dziś dzień, gdy natknę się na to zdjęcie, mam znów przed oczami to prażące słońce, oślepiającą biel murów miasta, wyjątkowy aromat napoju i rozpływający się w ustach smak najsłodszej kawy jaką można pić... Ech, napiłabym się jej znowu!

Holandia - Amsterdam [pocztówkowo]

16 cze 2017

O mieście pisałam już nie raz, dlatego tym razem będzie krótko. Amsterdam położony jest nad rzeką Amstel, IJ i 160 kanałami  – trzy największe w kształcie półksiężyców usytuowane niemalże równolegle do siebie to Herengracht (położony najbliżej centrum), Keizersgracht i Prinsengracht. Łączą się z nimi promieniście mniejsze kanały tworząc sieć wodną dzielącą miasto na liczne wyspy, dlatego Amsterdam nazywany jest często Wenecją Północy. 
Popularnym sposobem zwiedzania, prócz wypożyczenia rowerów, jest poznawanie go z perspektywy wody właśnie - w mieście można wypożyczyć rowery wodne, łódki albo po prostu wsiąść na jedną z wielu łodzi turystycznych.

Jeśli wszystko poszło dobrze i nic się nie wydarzyło to właśnie jestem całkiem niedaleko Amsterdamu, bo w zachodnich Niemczech. Planem jest również wizyta tam, ale co z tego wyjdzie - zobaczymy. Na pewno prędzej czy później jakaś relacja z tego wypadu się pojawi :)

Dzień otwarty Stena Line [relacja]

13 cze 2017

 

Od kilku lat Stena Line dość regularnie oferuje możliwość zwiedzania jednego ze swoich statków w trakcie dni otwartych. Co prawda miałam już okazję korzystać z usług przewoźnika, ale i tak wybierałam się tam już od dawna. Jednak dopiero w tym roku udało mi się ten plan zrealizować, poniekąd dzięki zwolnieniu lekarskiemu, na którym wówczas jeszcze byłam (wydarzenie odbywa się zwykle w piątki w godzinach pracy). Jako, że dzień wcześniej był dzień dziecka postanowiliśmy z Mateuszem połączyć przyjemne z pożytecznym i zabrać na statek jego siostrę z dwiema córkami. Zapraszam was na krótką relację z tej wizyty!

Kowno - nie tylko Stare Miasto [relacja]

9 cze 2017

Kowno, drugie co do wielkości miasto na Litwie, położone u zbiegu rzek Wilii oraz Niemna, w okresie XX-lecia międzywojennego było stolicą tego nadbałtyckiego kraju. Mimo to, zwykle pomija się je w trakcie wizyt u naszych sąsiadów. Niesłusznie, bo Kowno - nazywane najbardziej litewskim miastem na całej Litwie - oferuje naprawdę sporo miejsc, które spodobają się tutejszym gościom. W poprzednim poście mieliście okazję zapoznać się z atrakcjami i zabytkami Starego Miasta, dzisiaj natomiast chciałabym przekonać was, że również poza jego obrębem Kowno kryje w sobie miejsca, które zdecydowanie warto zobaczyć.

Zambia [pocztówkowo]

5 cze 2017

Po bardzo długiej nieobecności witam was ponownie, kochani! Tym razem przestój na blogu spowodowany był moją operacją i dochodzeniem po niej do siebie. Wszystko jednak jest już w jak najlepszym porządku, chwilami już prawie zapominam, że w ogóle mam to za sobą, ale przede wszystkim - wracam tutaj ze zdwojonymi siłami, chęciami i planami. I mam nadzieję, że tym razem już nic nie przeszkodzi mi w powrocie do tutejszej regularności i odwiedzin waszych blogów :)

Na dobry początek - prezentuję wam pocztówkę z nowego dla mnie kraju, Zambii. Otrzymałam ją od Moniki, która od ponad roku podróżuje samotnie po Afryce. Sama Zambia, nazywana kiedyś Rodezją Północną, to państwo w południowej Afryce bez dostępu do morza. Nazwa kraju pochodzi od Zambezi – głównej rzeki kraju.
Świat zwierząt jest typowy dla obszarów sawannowych. Występują tam duże zwierzęta stadne, takie jak bawoły czy zebry, oraz mniejsi przedstawiciele ssaków, takich jak np. hieny. W Zambii występują także duże koty, m.in. lew, którego można zobaczyć powyżej. Nad rzekami bytują hipopotamy i krokodyle; występuje tu także wiele gatunków ptaków, zwłaszcza w lasach, które cechuje różnorodność gatunkowa małp, żyjących na drzewach.

Na odwrocie pocztówki - niestety bez znaczka, jedynie ze stempelkiem - Monika napisała mi masajskie przysłowie: milo iglum erangi, co oznacza "nie idź zbierać owoców kiedy czas na taniec". Piękne w swojej prostocie.




SZABLON BY: PANNA VEJJS.